RSS
czwartek, 03 kwietnia 2014
się pozmieniało

nie miałam jakiś czas dostępu do bloga. po prostu nie mogłam się zalogować nie wiedząc dlaczego.

w naszym życiu wiele się zmieniło.

miniony rok był bardzo ciężki, już nawet chciałam zabrać dzieci i odejść od męża. nie byłam już w stanie znieść jego babci, która z nami mieszkała i teściowej, która za każdym razem gdy przychodziła - wszczynała awantury. miałam dość ciągłych wojen o byle co, ginącego jedzenia, sprzatania po kimś, wysluchiwania bzdur totalnych pod adresem moim i córek. i nagle wszystko się skończyło. męża babcia zmarła. wieczorem, gdy dziewczynki spały, a męża wyciągnął przyjaciel na piwo - usiadłam w kuchni i płakałam, nie mogąc w to uwierzyć, nie mogąc pojąć, że odtąd będziemy mieszkać sami, że będziemy mieć spokój, że dzieci będą miały swobodę. jeszcze prawie dwa tygodnie się męczyliśmy, a potem już wymiana zamka w drzwiach i jesteśmy u siebie. spokojnie. może skromnie, bez luksusów. ale spokojnie.

dziewczynki rosną na potęgę. obydwie mają wadę wzroku, więc noszą okulary. czasem chorują, bywają nieznośne, ale kocham je nad życie!!!

12:04, novynka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 kwietnia 2013
migdałki

Tosia dostała w październiku skierowanie na oddział otorynolaryngologiczny celem... usunięcie migdałka gardłowego i przycięcia migdałków podniebiennych. a że zabieg wykonuje się w narkozie to zaczęly się problemy. nie wszędzie to robią, jesli już gdzieś robią to terminy odległe - półtora roku to standard, zdarzył się szpital z terminem... 5lat! ale udało się znaleźć szpital w Złotoryi i od wystawienia skierowania do zabiegu czekaliśmy 4 miesiące z tygodniem.

w niedzielę przed zabiegiem pojechaliśmy do rodziców.

serce mi pękało, gdy w poniedziałek 4 marca wstawałam o 4:20 i dawałam Lusi buziaczka na pożegnanie... wiedziałam, że krzywda jej się nie stanie, no ale jednak ten ból rozstania robił swoje... ta myśl, że nie będzie mnie przy niej...

o 5:00 Tosia dała babci buziaka i wyruszyłyśmy w drogę... w zasadzie o 7:05 byłyśmy na miejscu. Złotoryja przywitała nas słońcem i obietnicą pięknego dnia. zrobiłyśmy szybkie zakupy w Biedronce i poszłyśmy do szpitala. żmudne procedury przyjęcia na oddział i parę minut po  Tosieńka była już zakwaterowana na sali nr 2.po badaniu okazało się, że będzie miała usunięty trzeci migdałek, a boczne zostaną w obecnej formie.

pierwszy dzień upłynął nam na zabawach, rysowaniu, spacerach po oddziale. Tosia podbiła serca pielęgniarek rozdając na prawo i lewo własne rysunki oraz ciasteczka owsiane... poza męczącym towarzystwem czterolatka i jego rodziców było ok.

wtorek 5 marca.

obudziłam Antosię kilka minut po 6 rano. zrobiła siku, umyła ząbki i czekałyśmy. o 6:30 przyszła pielęgniarka z zastrzykami. od tego momentu Tosia ubrana w szpitalną koszulę nie opuszczała już łóżka. próbowała coś rysować, ale głównie leżała wtulona we mnie. ok. 7:25 pielęgniarki poprosiły mnie o położenie Tosi na wózku i zabrały ją na blok operacyjny... byłam przy niej do samych drzwi bloku... płakała Tosia, płakałam ja... ale w dobrej wierze powtarzałam jej, że jak tylko zaśnie do zabiegu to przyjdę i będęprzy niej, że tylko muszę się przebrać w specjalny fartuch...

czekałam ok. 45 minut. cała się trzęsłam, nerwowo chodziłam... bałam się... ale gdy tylko zobaczyłam pielęgniarki idące po moje dziecko - pierwsza byłam pod drzwiami bloku... myślałam, że umrę widząc moje dziecko senne, przestraszone na szpitalnym wózku... ale było dobrze... przeniosłam ją na sali z wózka na łóżko, pielęgniarki powiesiły kroplówkę, powiedziały co i jak... po chwili Tosia próbowała zwymiotować. bardzo się przestraszyłam... ale ulżyło to memu dziecku i już po chwili słodko spała przytulona do ukochanego kotka... dzielna była. odespała co miała odespać, wypluwała co miała wypluć.... i ani razu nie marudziła, ani razu nie płakała... ok. 2 godzin po przywiezieniu na salę poskarżyła się tylko na ból w buzi, ale podana kroplówka pomogła. kiedy już poczuła się lepiej i odespała zabieg - siedziała w łóżku, rysowała, ogladała bajki. po południu mogła już pić wodę i wstawać z łóżka. spacerowała po oddziale. zadzwoniła do pani Marty, swojej wychowawczyni. nie wierzyłam, ze tak może wyglądać dziecko po zabiegu, że tak dzielna może być moja córka płacząca o każde małe zadrapanie. a jednak była tak dzielna, tam mądra. myślę, że to zasługa tego, że z nią o tym rozmawiałam, że tłumaczyłam jak to będzie... może dlatego że wiedziała, czego się spodziewać zniosła to tak a nie inaczej.

w środę od rana żeśka jak morskie powietrze w bożonarodzeniowy ranek czekała Antosia na wypis ze szpitala. o 10:00 byłyśmy już w aucie, na nawigacji ustawiałam adres Wiolki.

w drodze do domu wstąpiłyśmy do Wioli z forum. miło było. a potem prosto do... domu. Tosia sobie drzemała gdy chciała, a tak to podziwiała widoki. i bardzo przeżywała niespodziankę. myślałam, że wszystko się wyda, gdy byłyśmy już za LEgnicą... zadzwonił PIotr i pytał jak się Tosia czuje. skłamałam, że jadę właśnie po lody i nie mogę rozmawiać. uf. uwierzył. i bardzo się zdziwił jakąś godzinę później gdy podjechałam do niego na robotę. na widok Antosi miał łzy w oczach. niespodzianka się udała!!!!!! wróciłyśmy dzień wcześniej.

od Piotra pojechałyśmy do rodziców, do Lusi. kruszynka na mój widok nie mogła uwierzyć, ża już jestem, że ją trzymam w ramionach, że tulę...  że po prostu jestem. że jest mama i Tosia.

11:47, novynka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 marca 2013
5 lat

5 lat temu na świat przyszła moja pierwsza córka - Antonina.

jak dziś pamiętam deszczowy poniedziałek po niedzieli palmowej... ten ból, gdy o 2:48 szłam szpitalnym korytarzem obudzić dyżurującą położną... chwilę później już wiedziałam, że tym razem akcji porodowej nie da się już wyciszyć - ktg wykazywało silne, regularne skurcze, mnie wręcz rozrywało od środka i pani Iwonka dzwoniąca po lekarza "zaczęła się akcja porodowa"... pamiętam telefon do męża tuż przed 5 rano wykonany ze szpitalnej łazienki. odebrał zaspany, gdy powiedziałam, że rodzę po prostu się rozłączył. po chwili zadzwonił przerażony i powiedział, że mam go informować, jako że był akurt w wojsku... potem pyskówka na wesoło z lekarzem. wyglądało to mniej więcej tak:

L: co się dzieje?

ja: nic kurwa, idę spać.

L: idzie pani ale na porodówkę.

ja: no gdzie teraz? jeszcze mam czas. nigdzie nie idę.

L: mimo wszystko zapraszam za mną.

no i poszłam. podłączona pod ktg, płacząca z bólu czekałam na poranny obchód. w międzyczasie zmiana pielęgniarek i położnych, przyszedł też mój lekarz i jeszcze jeden. oczywiście mój lekarz po oględzinach zapisu ktg stwierdził, że ładną mamy akcję.

obchód niewiele wniósł. zostałam poproszona do pokoju badań. nie pamiętam jak tam dotarłam. ledwie stałam na nogach trzymając się ściany... badanie... zero rozwarcia... usg - waga dziecka 1940 gram. za mało by rodzić. dopiero weszłyśmy w 36 tydzień. chcą albo zatrzymać poród co się od 3 w nocy nie udaje, albo wywieźć mnie karetką do innego szpitala - z lepszym sprzętem. nie zgadzam się. po rozmowie z lekarzami podejmuję decyzję, że rodzę tu i teraz na własną odpowiedzialność.

potem poszło już szybko - musiałam przenieść swoje rzeczy na inną salę. zadzwoniłam do babci po mamę - żeby przywieźli co trzeba dla dziecka. a potem już porodówka: ankiety, kroplówki, zastrzyki... trzęsącą się ręką podpisywałam zgodę na cięcie... i mama, która na swój sposób była wzruszona, przeżywała, ale nie potrafiła tego okazać... chciała już jechać do domu, ale poprosiłam by poczekała na dziecko... i nagle punkt 10:00 winda, sala operacyjna, znieczulenie... głosy "10:10 cięcie". lekarze rozmawiali o rodzinie mojego prowadzącego - Srilańczyk z pochodzenia, rodzina lekarzy, matka zmarła na raka... opowieści o Sri Lance, o słoniach... i nagle słyszę "wyciągamy dziecko".

jest.

płacze.

"nie taka mała jak pokazywało usg".

położna zabrała maleńką na stanowisko noworodkowe... mój wzrok szedł za dzieckiem... zobaczyłam ją w rękach położnej - zakrwawioną, spuchniętą, siną... "imię dziecka?" "Tosia" - odpowiedziała pielęgniarka, bo mi już łzy zalały świat...

lekarz zapytał: jaka duża?

48cm, 2450 gram.

tak. 2450gram szczęścia.

chyba nigdy nie zapomnę lekarzy pochylonych nad parawanem i gratulujących mi córki.

 

nie wiem jak długo trwało nim wróciłam z operacyjnej. w drodze z windy kątem oka widziałam mamę i Michała "Piotr już wie". potem już na sali kiedy położna przyniosła Antosię dowiedziałam się, że Michał zadzwonił do Piotra. sama szybko obejrzałam kwilące zawiniątko: po pięc paluszków u rączek, czarne włoski, buzia sina i opuchnięta, we włoskach krew, całe w maziach płodowych. brzydkie było to zawiniątko, ale najpiękniejsze na świecie... moje. czysta mama, tylko brwi i czoło taty.

telefon do Piotra. odebrał szybko, chyba płakał... pytał jaka jest mała, czy cała, czy zdrowa...

a mała jak na wcześniaka była duża i silna.

wiedziałam wtedy, że podjęłam słuszną decyzję. i o ciąży i o cięciu.

 

dziś ta pannica ma już 114cm i waży 20,5kg.

ale dla mnie zawsze pozostanie małą Tosią...

16:32, novynka
Link Komentarze (1) »
piątek, 15 lutego 2013
szydełko

Kiedyś uczyła mnie babka i mama szydełkowania. Nie podobało mi się wtedy, było obciachem.

Jako nastolatka robiłam czasem proste szaliki, czapki czy torebki.

A teraz odkryłam szydełko na nowo. I choć daleko mi do mistrzostwa to potrafię robić zazdroski, próbuję sił w serwetkach. Chcę też zabrać się za aniołki i dzwonki oraz gwiazdki na choinkę...

Szkoda tylko, że powoli mi to idzie i ciagle brak mi czasu...

18:02, novynka
Link Dodaj komentarz »
dzieci

Dzieci mnie absorbują.

Męczące są, ale są miłością mego życia, moim szczęściem, darem od Boga... Bez nich byłoby nudno.

Pomimo, że nie mam na nic czasu, że ciagle brakuje pieniędzy, że dziewczynki męczą bezlitośnie, że ponieważ je mam to nie mam szans na pracę - nie żałuję, że są.

18:00, novynka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 stycznia 2013
zima pelnią śniegu

śnieg za oknem!!! śnieg!!! śnieg!!!

wykorzystaliśmy więc okazję i niedzielne popołudnie spędziliśmy w parku na saneczkach!!! najpierw woziliśmy dziewczynki, nawet psa. a potem dziewczynki zjeżdżały z górki na pazurki. nawet we mnie obudziło się dziecko i zaliczyłam zjazd sankami z górki.... prosto w drzewo.

dziś od rana dziewczynki w oknie i pytanie: kiedy pójdziemy na sanki??? nie poszłyśmy. mała znów pokasłuje, duża ma być zdrowa na zabieg, więc ograniczyłam się dziś do krótkiego spaceru po warzywa do zupy.

ale jutro je zabiorę na chwilkę śniegowego szaleństwa.

22:23, novynka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 stycznia 2013
życie

mamy nowy rok....

jak minął ubiegły? ciężko, intensywnie, w bólu i łzach, ale jednocześnie przynosząc nam mnóstwo radości, śmiechu i nadziei.

 święta upłynęly nam spokojnie - wigilia i pierwsze święto u rodziców. byliśmy też po kolędzie u Grzegorza i w Święciechowie.

w drugie święto było już mniej ciekawie - wylądowałam z Lusią na pogotowiu. diagnoza: zapalenie oskrzeli. biedna była.

a zaraz po świętach rano ja wylądowałam u lekarza - z zapaleniem piersi. młoda tak mi w święta zmasakrowała lewy sutek, że nie byłam w stanie karmić, pokarm się zbierał i się skończyło jak się skończyło. po 19 miesiącach, 3 tygodniach i 5 dniach zakończyłyśmy z Łucją magiczny czas. czas karmienia piersią.

sylwestra spędziliśmy sami w domu - było bardzo fajnie!!!

Lusinka po zapaleniu oskrzeli nie była wciąż do końca zdrowa. okazało się, że miała zapalenie zatok. dzięki Bogu mamy to za sobą.

póki co obie dziewczynki są zdrowe. na Antosię chuchamy i dmuchamy, bo już 4 marca jedzie na zabieg, więc musi  być zdrowa.

mamy sporo problemów - ktoś z sąsiadów nas podkablował u zarządcy, że mamy kominek. nie palimy już od 18 grudnia, kiedy to wpadł z kontrolą kominiarz. mamy mnóstwo spraw do załatwienie - projekt budowy, pozwolenie na budowę, opinie kominiarskie, zgodę wspólnoty... wszystko wymaga czasu, a przede wszystkim pieniędzy.... pieniędzy, których ciągle brakuje.

15:57, novynka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 grudnia 2012
przerwa

mieliśmy przerwę.... jakoś tak wyszło. sama nie wiem dlaczego. a działo się oj działo....

po tym jak Łucja w cięzkim stanie w listopadzie rok temu wylądowała w szpitalu zmieniliśmy dziewczynkom pediatrę. Lusia została w szpitalu dokładnie przebadana i zdiagnozowana. stwierdzono u niej m.in. zespół niedoborów odporności - jeździmy z tym do Wrocka. oczko samo się uzdrowiło, więc zabieg nie był konieczny. Antosia została skierowana przez nową pediatrę na wiele konsultacji - ma więc stwierdzoną alergię oraz astmę oskrzelową.

zmiana pediatry wyszła dziewczynkom na wielki plus.

Łucja już biega - zaczęła chodzić mając 10,5 miesiąca, nadal jest na piersi. je wszystko w ilościach dużych, a drobniutka niesłychanie. żywe sreberko. z mówieniem róznie bywa. opornie jej to idzie. jest bardzo strachliwa i wrażliwa po ostatnim pobycie w szpitalu (raptem 1,5 tygodnia temu wyszłyśmy po jelitówce).

Antosia - silna charakterem, wrażliwa dusza. niejadek, a kawał baby.

dziewczynki - bardzo się kochają, a jeszcze bardziej kłócą ;p

kocham je nad życie, choć często padam ze zmęczenia....

a mężu? jak mężu - czasem słońce, czasem deszcz. dowiódł jak bardzo nas kocha wyjeżdżając w czerwcu do Niemiec za groszem. trudny był to dla nas okres.

18:31, novynka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 stycznia 2012
kryzys

niechaj ten, kto mówi, że w Polsce kryzysu nie ma przyjdzie i popłaci mi rachunki, wykupi dla dzieci leki.

źle się dzieje. naprawdę źle.

nie lubię sytuacji, gdy muszę robić coś kosztem czegoś, gdy muszę rezygnować z rzeczy oczywistych, podstawowych.

tymczasem wszystko tak podrożało (zwłaszcza żywność i leki), że żyjemy coraz skromniej.

1/3 wypłaty idzie na leki dla dziewczynek, 1/3 na raty. reszta teoretycznie na rachunki. ale tylko teoretycznie, ponieważ musi z tego też starczyć na rzeczy podstawowe jak żywność czy pieluchy. i w tym momencie kombinujemy ostro - nie płacimy rachunku, żeby wykupić leki, nie płacimy drugiego rachunku, żeby było na jedzenie. a długi rosną.

i kurcze naprawdę żyjemy skromnie!

świat zwariował.

w ramach oszczędności dziecko chodzi do przedszkola na 5 bezpłatnych godzin, a nie na 8 jak dotychczas.

czy o to chodzi w polityce prorodzinnej?

09:46, novynka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2012
ostatnio

ostatnio czuję się jak nie ja. jakby mi ktoś ukradł duszę, zapakował w obce ciało, w obce miejsce, w obce życie.

czasem mam wrażenie, że jestem główną bohaterką jakiejś instalacji typu "Truman show".

ciągle coś się dzieje z moim lub bez mojego udziału, czasem mam wrażenie, że to wszystko to inna obca rzeczywistość.

pewna jestem jednego - mam dwie wspaniałe córeczki, dwie cząstki mnie i dwie cząstki męża połączone w dwie najważniejsze na świecie istoty - Antosię i Łucję.

ostatnio nawet się śmieję, że "mam dwa szczęścia pół na pół - górą tata, mamą dół".

dwa moje szczęścia - ich uśmiechy, ich oczy - to cały mój świat - świat snów, marzeń, świat realny.

21:50, novynka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3